www.wariaci.comli.com

NIUSY

WYPRAWY

CIEKAWOSTKI

GALERIA

KSIEGA GOSCI

LINKI

FORUM

KONTAKT

linki niusy wyprawy ciekawostki galeria ksiegagosci linki forum mail



TopLista Spływy kajakowe



Wyprawy


Zaprawieni w boju, postanowiliśmy wyruszyć całkiem w nieznane. Pierwszy weekend majowy nadawał się idealnie. Zapowiadano słoneczną, "morową" pogodę więc niewiele myśląc ruszyliśmy w Suwalszczyznę. Wprawdzie rzeka Rospuda znana nam była z relacji telewizyjnych apropos przykuwających się do drzew szalonych ekologach lecz żaden uczestnik ekipy nie wiedział o niej wiele i z bólem serca przyznamy, że nawet porządnej mapy nie mieliśmy przy sobie. Mimo to "Wariaci" pokazali się w pełnej krasie na szlaku wiodącym z Filipowa do Augustowa "na pohybel..." !

30 kwiecień 2009
A wszystko zaczęło się już w czwartek 30-04-2009... Po południu wyjechaliśmy z parnego Lublina drogą w kierunku Białegostoku. Droga do miejsca kempingu zajęła 6,5h więc zajechaliśmy dopiero na godzinę 22. Polecamy wszystkim kemping, na którym przyszło nam przenocować 1 noc - Klub Miłośników Dzikiej Przyrody Hobbit w Maćkowej Rudzie (www.hobbit.suwalki.com.pl) ponadto właśnie stąd wypożyczyliśmy kajaki i cały sprzęt potrzebny na naszą wyprawę.

1 Maj 2009
Następnego dnia złożyliśmy szybciutko namioty i spakowaliśmy wszystkie potrzebne bagaże do busa, którym wraz z kajakami mieliśmy być przetransportowani w miejsce początku naszej drogi krzyżowej :-) Trasa spływu rozpoczynała się od jeziora Długie Filipowskie w niedalekiej odległości wsi Szafranki. Cały czas słońce paliło z nieba tak mocno, że regularnie piliśmy "ztuningowane" płyny by uzupełniać poziom wody w organizmie. Czekał nas ponad 5 km odcinek rzeki, który należał do najtrudniejszych. Tu koryto rzeki było bardzo nieregularne a niski poziom wody utrudniał nam dalszą podróż z racji płycizn i braku szybszego nurtu. Już po wypłynięciu z tafli jeziora i przepłynięciu ok 100m napotkaliśmy pierwsze z tysiąca drzew zwalonych w poprzek rzeki, z jakim przyszło nam się zmierzyć. Grupa wojowników składała się zaledwie z 6 osób w trzech dwuosobowych kajakach, więc pierwszym problemem była synchronizacja ruchów zwłaszcza w sytuacjach gdy nie ma innego wyjścia jak przenoska czy przepływka podczas pokonywania przeszkód itp. Z niemałym trudem udało nam się uratować cały sprzęt wieziony w kajakach jak i nas samych. Po drodze minęliśmy gniazdo łabędzi i muszę przyznać, że pierwszy raz widziałam łabędzie z tak bliskiej odległości. Trochę się bałam bo tata łabędź nie był zbytnio zadowolony z obecności intruzów. Ten odcinek Rospudy upłynął nam dość szybko choć nie obyło się bez opóźnień z winy maruderów, którzy zawsze gdzieś musieli zwalniać tempo. Pomimo to wpłynęliśmy na kolejne jezioro - tym razem Garbaś, które to było najgłębszym jeziorem spośród wszystkich jakie udało nam się "zaliczyć" (48m). Zatrzymaliśmy się na jednej z polanek bezpośrednio przy brzegu, gdzie spokojnie zjedliśmy śniadanko. I tak minęła godzina 11:00 :-) Widoki niesamowite, polecamy wszystkim! Z jeziora Garbaś wypłynęliśmy znów na trudny odcinek, który powiódł nas do kolejnego jeziora Głębokie. Ten odcinek trasy był równie trudny co poprzedni, zwłaszcza gdy zobaczyliśmy inną grupę kajakarzy a wśród nich jednego biedaka, który na naszych oczach zrobił przewrotkę i cały jego bagaż popłynął z wartkim nurtem. Podczas przeprawy przez zwalone drzewo traciliśmy wiarę w nasze powodzenie. Dzięki pomocy wcześniej spotkanych ludzi udało nam się przeprawić dalej wzdłuż malowniczej doliny Rospudy. Od tego momentu rzeka nabrała szybkości i momentami miała charakter górski. Płynęliśmy przez głęboko wciętą dolinę, podziwiając strome jej zbocza porośnięte gęsto drzewami. Tu i ówdzie napotykaliśmy zwalone drzewa a koryto rzeki w tym miejscu zaczęło dość regularnie meandrować, co doprowadzało nas do szału. Co rusz był zakręt i zaczynały boleć nas ręce od ciągłego naginania raz w prawo raz w lewo. Odcinek pomiędzy jeziorem Głębokie a kolejnym etapem naszej podróży czyli Bakałerzewem był długości zaledwie 5,2 km więc byliśmy pewni, że uda się pokonać ten dystans w szybkim tempie i nadgonimy stracony czas. Jednak same chęci nie wystarczyły zabrakło szczęścia i pewnie umiejętności. Już w połowie dystansu poległ pierwszy kajak. Nabrali wody co wymusiło obowiązkowy postój na brzegu. Nie minęło 20 minut a kolejny kajak znalazł się pod wodą. Oczywiście oba przypadki zdarzyły się nie z winy brawury czy też braku rozsądku na szlaku lecz z czystego przypadku. Gdy chłopaki z pierwszego kajaku pomagali kajakarzom drugiego, wpadli na nich ludzie z tej samej grupy, która wcześniej okazała się taka pomocna. Tym razem pogrążyli nas równo! Oba kajaki poszły pod wodę i o dalszej podróży nie było mowy. A była już godzina 16:00, w oddali widać było zabudowania Bakałarzewa co jeszcze bardziej nas podirytowało. Cóż musieliśmy rozbić obóz tam gdzie akurat wypadło choć planowaliśmy rozbić obóz nad jeziorem Sumowo. Szybko wprowadziliśmy kajaki na brzeg i zaczęliśmy suszyć mokre rzeczy od bielizny po śpiwory. Na szczęście słońce równo dogrzewało. Wieczorkiem zrobiliśmy ognisko, na którym przywitali nas studenci z Białegostoku, proponując wspólną zabawę u nich na działce :-) Tak upłynął nam 2 dzień wyprawy. A nocą był przymrozek.

2 Maj 2009
Wstaliśmy rano zmarznięci i zmęczeni. Pomimo to chłopcy musieli rozejrzeć się po okolicy więc weszli na wzgórze i znaleźli bunkry :-). Humory od samego rana dopisywały, więc z uśmiechem na ustach zebraliśmy sprzęt, posprzątaliśmy obozowisko i ruszyliśmy w dalszą drogę. O 12:00 byliśmy w Bakałarzewie, gdzie uzupełniliśmy zapasy żywności i nie tylko ;-). Musieliśmy przenieść kajaki, gdyż w tym miejscu znajduje się stary młyn murowany datowany na przełom XIX i XX w. Sama wieś liczy sobie 500 mieszkańców a jej założenie datuje się na I połowę XVI w. Założona przez Mikołaja Michnowicza Raczkowicza, pełniącego funkcję bakałarza królewskiego stąd jej nawa. Z Bakałarzewa płynęliśmy w kierunku jeziora Sumowo. Długo płynęliśmy po jego tafli, gdyż ma prawie 4 km długości i jest jeziorem rynnowym. Widoki rekompensowały nasz trud, gdyż Sumowo otoczone jest osadami sandrowymi a wzdłuż brzegu ciągną się wzgórza ozowe porośnięte gęsto drzewami. Kolejnym etapem wyprawy była Kotowina, gdzie można zatrzymać się na kemping, zjeść domowej roboty pierogi i odpocząć w zaciszu kajakowej przystani. Przeprawiliśmy się przez progi na rzece i płynęliśmy dalej w kierunku jeziora Okrągłe. Trasa prowadziła wzdłuż podmokłych terenów leśnych. Po drodze widzieliśmy żeremia bobrów i poczuliśmy się jak w dziczy opuszczeni przez Boga i cywilizację. Relaks gwarantowany. Wpłynęliśmy na jezioro Okrągłe i z racji nieznania terenu zboczyliśmy z trasy. Dopiero po zaciągnięciu języka u wędkarzy udało nam się odnaleźć wylot rzeki. Na tym odcinku rzeka miała szerokie koryto więc sczepiliśmy kajaki razem i tyralierą sunęliśmy z prądem, popijając szlachetne trunki. Nie spieszyło nam się zbytnio, gdyż wiedzieliśmy, że przed nami ostatni etap tego dania - jezioro Bolesty. Już po godzinie machania wiosłami wiedzieliśmy, że nazwa jeziora jest nie bez znaczenia. Jezioro to ma długość ponad 6km i już w połowie jeziora za każdym zakrętem łudziliśmy się, że już z niego wypływamy. Brzegi zbiornika są strome i porośnięte sosnami, pomiędzy którymi nieśmiało wyłaniały się zielone polanki, na których usytuowane były małe przystanie i chatki. Aż chciało się zostać posiadaczem jednej z nich. Gdy ujrzeliśmy już definitywny koniec jeziora Bolesty uciechy nie było końca. Znaleźliśmy dość sporą polankę z miejscem na ognisko i rozbiliśmy obóz. Chłopcy nanieśli drewna a babeczki zaczęły szykować jakieś jedzonko. Oczywiście nie obyło się bez turystycznego grilla i pysznej karkóweczki starannie i elegancko przyprawionej przez naszego kuchmistrza Krzyśka. Wieczorem okazało się, że wszyscy ostro się opalili na twarzach, rękach i kolanach więc w nocy grzała nas opalenizna a noc już nie była taka zimna :-).

3 Maj 2009
Wstaliśmy wypoczęci i gotowi do kolejnych wyzwań. Rozpaliliśmy ognisko by zjeść wieczorne resztki jedzenia i wypić poranną kawkę tudzież surwiwalową zupkę z torebki. Oczywiście nie podam nazw, gdyż byłaby to krypto reklama :-). Ochotnicy nawet zaryzykowali kąpiel w jeziorze o temperaturze wody poniżej 10oC, za co ich bardzo podziwiam. Spakowaliśmy sprzęt, posprzątaliśmy obozowisko i wyruszyliśmy dalej. Około 10-11:00 zadzwoniliśmy do wypożyczalni kajakowej i ustaliliśmy miejsce zbiórki. Mieliśmy zapał płynąć jak najdalej ale ze względów długiej drogi powrotnej do Lublina musieliśmy skrócić czas dalszej podróży do godziny 15:00. Naszym celem było "Święte Miejsce" w okolicach jeziora Jałowo. Zanim jednak tam dotarliśmy czekała nas przeprawa w miejscowości Raczki. Raczki to największa miejscowość na szlaku Rospudy. Liczy sobie ok 2,2 tys. mieszkańców a ślady osadnictwa na jej terenie sięgają III- IV w. n.e. Nazwa wsi pochodzi od imienia Stanisława Raczkowicza a prawa miejskie uzyskała w 1558r. W 1748r. Raczki odkupił Józef Pac i w tym czasie miejscowość przeżywała swój "złoty" okres. a w 1780r. Raczki utraciły prawa miejskie. W Raczkach przyszło nam przenieść kajaki i dalej ruszyliśmy na szlak naszej przygody. Czekał nas 5,7km ciężkiego górskiego odcinka gdzie rzeka nabrała rozpędu i w tym momencie należało się wykazać choćby minimum wiedzy i sprawności. Udało się fartem.. "przygoda, przygoda każdej chwili szkoda..." Dopłynęliśmy w końcu do ostatniej wsi na trasie naszego spływu czyli do Dowspudy. Dowspuda słynie z zespołu pałacowego w stylu angielskiego gotyku wybudowany w 1827r. przez Ludwika Michała Paca wg projektu włoskich architektów: Piotra Bassio i Henryka Maeconi. Pałac otoczony był 13ha parkiem i krył bogate kolekcje rzeźb, obrazów itp. Niestety po konfiskacie przez Rosjan doprowadzony został do ruiny. Obecnie zostały po nim tylko fragmenty np. portyk, wieża (bociania), stajnia, przyziemia i park. Od tegoż pałacu wzięło się przysłowie: "wart Pac pałaca, a pałac Paca"...warto nadmienić, że z rzeczy już bardziej teraźniejszych znajduje się tu dość wysoki most, który moim zdaniem idealnie nadaje się do skoków z banji :-) i właśnie pod tym mostem nasi maruderzy zaklinowali się pomiędzy skałami. Już obstawialiśmy zakłady, że wpadną ale cudem udało im się uciec przeznaczeniu. Dalej rzeka wiła się wśród malowniczych lasów zbliżając się do puszczy Augustowskiej. Czekał nas już tylko 6 km odcinek do końca naszej trasy - "Święte miejsce". Ostatnie kilometry były najtrudniejsze. Rzeka w tym miejscu bardzo przybrała na szerokości, a jej żwirowo-kaministe podłoże stało się nie lada przeszkodą. Coraz to natrafialiśmy na zatopione głazy czy też gałęzie. Rzeka ma na tym odcinku ma wartki nurt i czuliśmy się jak w górach. W sumie to przenosek i skompilowanych przepraw przez padnięte drzewa nie sposób wyliczyć. Trud jak najbardziej uzasadniony. Po osiągnięciu celu wiedzieliśmy, że warto było. Dystans jaki w sumie pokonaliśmy wynosił około 40,8 km. Jestem z Nas dumna! A tak apropos to Święte Miejsce ma początek swej historii w latach pogańskich a dziś znajduje się tam kapliczka i krzyże wotywne. Tamże zjedliśmy lekki obiadek czekając na naszego gospodarza, by zabrał nas z powrotem na kemping w Maćkowej Rudzie. Było super polecamy każdemu nawet osobom, które pierwszy raz w życiu wsiadają w kajak czy ponton. Po pierwszym dniu każdy zdąży się wszystkiego nauczyć :-)

(zdjęcia w glerii)

by. Dropsik